PODHALAŃSKI SERWIS INFORMACYJNY Podhalański Serwis Informacyjny WATRA
« Marzec 2014 12345678910111213141516171819202122232425262728293031  

Tatry Wysokie

Góry

Górska przygoda na miarę marzeń...

Środa, 12 marca 2014 r.
Autor: Wojciech Szatkowski

Na Lodowej PrzełęczyNiedawno odwiedziliśmy na nartach Lodową Przełęcz. Motto tej wycieczki jest następoujące: Without risk there is no adventure (Bez ryzyka nie ma przygody). Bill Briggs. Określenie, czy jakaś wycieczka ski-turowa jest najpiękniejsza, ładna, czy taka sobie, a nawet przeciętna, jest czymś absolutnie względnym. Autor niniejszego tekstu zdaje sobie z tego faktu sprawę. Każdy ma bowiem w górach swoje ulubione miejsca, preferencje i trasy. Oczywiście, wycieczka, czy „wyrypa” narciarska, ma swój niepowtarzalny klimat. Są jednak wśród wielu trasy wyjątkowej urody, które zawsze warto przypominać i polecić amatorom narciarstwa wysokogórskiego, czyli ski-turingu. Żeby nie zostały zapomniane. Wreszcie – by przywołać sytuacje i przyjaciół z młodych lat. Lodowa Przełęcz 2372 m. Dla mnie to najpiękniejsza wycieczka narciarska w całych Tatrach. Z różnych względów. A jakich? Poczytajcie. Serdecznie zapraszam. Niebawem ukażą się filmy z naszej wycieczki, podziękowania kieruję w stronę GoPRo i wydawnictwa "Góry", a zwłaszcza Marka Obary.


Lodowa Przełęcz - czyli Sedielko...

 Kilka zdań o miejscu, które jest celem wyrypy. Lodowa Przełęcz (2372 m, słowacka nazwa Sedielko, mało szałowa, jak na takie piękne miejsce, moim zdaniem) - tak jak Zawrat, Kozia, Krzyżne, czy Kozi Wierch, to tatrzański ski-turowy klasyk. I to, mam takie wrażenie, zresztą nie tylko ja, klasyk najwyższej próby i jakości. Przypomnijmy pewne wątki historyczne, a mianowicie takie, że pierwsze, odnotowane przejście wykonali: latem J. H. Blasius z towarzyszami (1835). W jednym ze źródeł wyczytałem, że pierwsze przejście przez Lodową odbyło się 13 sierpnia 1854 r. Wykonali je ks. Józef Stolarczyk, Feliks Berdau, Wojciech Grzegorzek z góralskimi przewodnikami. Zimą pierwsi tu byli  węgierski taternik Karoly Jordan z przewodnikiem (1902). Zjazd narciarski z Lodowej to górska przygoda, o której marzy się nieraz latami i do przejścia, którego każdy szanujący się ski-alpinista tatrzański powinien dążyć ze wszystkich swoich sił. Myślę, że nie zawiedziecie się, gdy po prawie 4-5 godzinnym podejściu z Hrebienioka znajdziecie się na tej przełęczy, a zobaczycie widok.. Uważamy, że chociaż raz w „karierze” ski-turowej trzeba koniecznie wejść na nartach na tę przełęcz. Teraz o zjazdach. Z Lodowej prowadzi ładny i długi zjazd na południową stronę, do Dolinki Lodowej, przez próg i dalej Doliną małej Zimnej Wody do Smokowca, o długości ponad 8 km. Ten jest dostępny przepisami TANAP. Niedogodność w tym przypadku jest tylko jedna. Jaka? Niestety przepisy TANAP nie zezwalają obecnie na najpiękniejszy naszym zdaniem zjazd z Lodowej Przełęczy, prowadzący przez kolejne piętra Doliny Jaworowej, aż do Jaworzyny Tatrzańskiej, o długości ok. 14 km. Mogę powiedzieć, że pod względem widoków, różnorodności terenu (bule, żleby, wąskie żlebiki, rozległe pola śnieżne, widoki tj. okoliczne, potężne ściany, przejazdy obok stawu) zjazd narciarski z Lodowej Przełęczy na tę stronę jest najpiękniejszym w całych Tatrach. W mojej ocenie. Ta droga jest dla narciarzy wysokogórskich zamknięta (póki co), ale liczymy, że to się kiedyś jednak zmieni. Autor przewodnika zjeżdżał pięciokrotnie z Lodowej do Doliny Jaworowej jeszcze w czasach, kiedy ski-alpinizm „raczkował” w naszych najwyższych górach i na Słowacji, i nie zamykano jeszcze tego terenu dla narciarzy wysokogórskich. Nikt nas jeszcze wtedy nie gonił i nie dawał mandatów za zjazd Jaworową. Ech. To były czasy...:)

Wiosna zawsze najlepsza

Najlepszą porą do przejścia tej drogi jest wiosna. Marzec lub kwiecień. Czasami w maju potrafi być bajkowo. Na górze zima z prawdziwego zdarzenia, a na dole, w Jaworowej, krokusy i ciepło, jak w Sajgonie wiosną. Parno nawet. Z Teryho chaty (2013 m), która jest idealną bazą na wypady wiosenne w tym rejonie Tatr Wysokich, idziemy z początku tak, jak za szlakiem letniej ścieżki. Potem skręcamy łukiem w lewo i trawersujemy cały czas na nartach południowy grzbiet Pfinnovej Kopy. Wstęp do Dolinki Lodowej jest zagrożony zejściem dużych lawin, dlatego na tym odcinku należy zachować szczególną ostrożność. Wariant drugi to fantazyjny zjazd bardzo stromym, niezbyt długim żlebem spod Teryho chaty w stronę Żółtej Ściany (szerokość 5 m, nachylenie 40-45º, kiedyś trafiliśmy na taki firn, że narty same skręcały:). Dojeżdżamy do jego podnóża. Tutaj zakładamy foki, z kotlinki skręcamy w prawo i obok wielkich granitowych want na nartach podchodzimy w stronę dobrze stąd widocznej przełęczy. Idziemy przez kolejne piętra Dolinki Lodowej, mijając szlak zimowy prowadzący stąd w lewo na Czerwoną Ławkę, a także stromą Żółtą Ławkę. Podchodzimy teraz długimi zakosami do ostatniej muldy pod dobrze stąd widoczną Lodową Przełęczą. Przy dobrych śniegach (firnach) możemy aż na samą przełęcz wejść na fokach (bardzo trudno), co wymaga wysiłku ze względu na stromiznę. Albo ściągamy narty, zakładamy je na plecak i na przełęcz wchodzimy w rakach (jeśli jest twardo) lub „z buta”. Widok na stronę zachodnią, na kilkukilometrowy Jaworowy Mur wyjątkowo piękny. Po odpoczynku szykujemy się do zjazdu.  Z Przełęczy Lodowej wprost w dół stromym stokiem (nachylenie między 35º- 40º) i przez kolejne piętra i progi Dolinki Jaworowej do Żabiego Stawu Jaworowego. Teren lawiniasty-uwaga! I zjeżdżamy tak, do końca Doliny Jaworowej, w sumie ok. 2 godziny jazdy. Tam kończymy wyrypę.

Barania i Lodowa w jeden dzień...

Marzec 1989. Schronisko przy Zielonym Stawie Kieżmarskim, popularna „Brnczalka”. 7 rano. Wstajemy, bo wyruszamy za godzinę. Za oknem mroźno. Za to pogoda jak z bajki. Wielki błękit nad nami i w duszy to samo. Na śniadanie parówki - parky i schroniskowa herbata. O ósmej ruszamy. Dość długi sznur ludzi, rozciągnięty na podejściu. Czesi, Słowacy, Polacy i Węgrzy. My w środkowej jego części. Zakładamy raki. Pokonujemy stromy próg. W Dolince Dzikiej i położonej powyżej Baraniej Kotlince jest mroźno i pięknie. Barania Przełęcz (2389 m) i szybki zjazd do Terinki. Stromy i dość wymagający. Odpoczynek, kładziemy się z Teresą do słonka w okolicy schroniska. Wygary narciarskie. Jakże nam się chciało słońca i życia. Po długiej chwili wesołego przegadywania, przetykanego łykami lodowatego piwa:) zakładamy foki i ruszamy na Lodową. To był mój „pierwszy raz” na Lodowej, pierwsze narciarskie przejście tej przełęczy. I zaiskrzyło. Wyrywałem do przodu, by zobaczyć, czy opisywana w książce „W stronę Pysznej” panorama faktycznie jest aż tak piękna. I stanąłem na przełęczy, wyprzedzając Teresę. Nie miałem słów. I dalej ich nie mam. Żaden człowiek nie potrafi. I piękny był zjazd do Jaworowej i do Jaworzyny. Odpoczynek. Leżymy tak z godzinę do słonka. Potem ruszamy. Jeszcze przeskakiwanie potoku:) ostatnie skręty, okrzyki i zdjęcia. Wszystko się dzieje tu i teraz. Chwilo trwaj! Autobus. I nocne podchodzenie na nartach do „Brnczalki”. Koło wyrypy się zamknęło:), gdy o godzinie 21, wylądowaliśmy w schronisku na spóźnionej kolacji. Nad głową gwiazdy. Przy nich zaczęliśmy wyrypę, przy nich ją także kończymy. 13 godzin trwała nasza wycieczka. Potrzeby mamy tylko dwie: jeść i spać. Zostały zaspokojone. Innych potrzeb tego dnia nie było...

Maj 1992 r. Znowu jesteśmy w „Terince”. Teresa, Joasia i niżej podpisany. Wysokie słońce. W popołudniowej porze jesteśmy znowu na Baraniej Przełęczy. Następnego dnia Śnieżna, Przełęcz pod Baranią Strażnicą i Czerwona Ławka, z bardzo stromym zjazdem do Dolinki Lodowej. I 3 maja powrót przez Lodową Przełęcz do Ojczyzny. Powrót „oppenheimowskim” szlakiem. Warunki doskonałe, na fokach wychodzimy na samą Lodową. W dole potężny, świetnie wyśnieżony żleb. Ekipa w składzie: Asia, Maro, Teresa i ja. Jedziemy: Asia w krótkich spodenkach, Maro kręci na progach Jaworowej, a jakość zjazdu powoduje stan lekko niekontrolowanego szaleństwa. Podczas zjazdu doliną Jaworową momentami brakuje śniegu. Nie odpinając nart, człapiemy na trawie, omijając pąki krokusów.  Jaworowa – dolina tak piękna, że zamykasz oczy, a obrazy przewijają Ci się same przed oczami. I myśl temu towarzysząca. Tatry – góry najpiękniejsze? Tak myślę. I ja już w piękniejsze od Tatr góry nie uwierzę. Choć chętnie je zobaczę. Ale jak wracam, nie mogę się doczekać pierwszej wycieczki narciarskiej w Tatry. W swoje miejsca. Żeby sprawdzić, czy coś się w nich nie pozmieniało. Włodek Cywiński miał absolutną rację mówiąc „Tatry są najważniejsze”. Tego się trzymam. Schodzimy niespiesznie Doliną Jaworową. Jeszcze ostatni rzut oka za siebie w stronę Lodowego i Jaworowych (Javoraky). Żal odchodzić. Żal wracać. Wreszcie Jaworzyna. Bar „Pod Rogovą”. Jeść:) Gulasz segedyński i chleb. Żal topię w podwójnym piwie z podwójną borowiczką, tak jak „miejscowi” z Jaworzyny. I tak siedzimy w Jaworzynie, na zielonej ławeczce, rozmawiając z tutejszymi góralami. Autobusem wracamy do domu, a tam lekko zachwianym, od borowiczki i piwa, „oppenheimowskim” krokiem do łóżka. I spać. Ale i tak jeszcze dwa dni śniła mi się Lodowa... możecie mi wierzyć lub nie, ale tak było. Jeszcze teraz nieraz mi się śni. Bo wracałem do domu z Lodowej będąc innym człowiekiem. Mój ojciec, który mnie nauczył narciarstwa, widział to wszystko. I cieszył się i wspierał mnie w ski-alpinistycznej pasji. Jakże mu za to dziękuję, że taki był, jaki był. Wspaniały.

Żółta Ławka i Lodowa w jeden dzień

Moje kolejne wspomnienia związane z Lodową? Było to wiosną 2001 r. Ponad dwa lata czekałem na przyjazd mojego przyjaciela z Kanady – Maćka Słodyczki, byłego zawodnika „Wisły-Gwardii” i świetnego ski-alpinisty. Trenera free-style w Kanadzie, by zrealizować nasz plan „wyrypy narciarskiej” na Słowację. Z centrum „Zako” szybko docieramy do dworca PKS. Tam autobus, Miasto Vysoke Tatry i już byliśmy blisko celu. Potem następny etap – wyjazd kolejką na Hrebieniok. Już jesteśmy dość wysoko i maszerujemy dziarsko Doliną Zimnej Wody i dalej przez próg do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Rano pobudka. I tradycyjne pytanie: co robimy? Na pierwszy ogień stromizna...Żółta Ławka (2310 m, nachylenie w górnych partiach żlebu powyżej 45 stopni) Po dobrym śniadaniu, podczas którego wypatrzyliśmy z okien „Terinki” stromą przełęcz obok Czerwonej Ławki, decydujemy się tam pójść. Wygląda zachęcająco, choć jest stroma, ale może „puści”? Ruszamy spod schroniska na nartach ostro, długimi łukami w dół do niewielkiej kotlinki, potem odpinamy narty i zaczyna się podejście z Lodowej Dolinki. Do przewężenia żlebu szliśmy nazwijmy to „luźno”, ale w momencie wejścia w trudniejszy i stromszy teren (stromizna między 40-45 stopni i więcej nachylenia), żarty się skończyły. Maciek szedł pierwszy i pracowicie bił stopnie, ja za nim. Stopnie te były z racji twardego śniegu bardzo płytkie. W górze żleb skręcał lekkim łukiem w prawo i nim (taką charakterystyczną ławką) podeszliśmy w górną część żlebu. Tam słońce, to kochane nasze słońce, roztopiło twardą skorupę i śnieg był już w miarę miękki. Osiągamy przełęcz – wiatr – szybko lecące chmury. Zdjęcia i zaczynamy zjazd. Zawsze ten pierwszy skręt jest w tym sporcie jak wyzwanie rzucone losowi. Musi się udać. Maciek robi dwa skręty, widać technikę dawnego zawodnika. Ruszam i ja. W momencie, kiedy ruszasz na nartach w dół, stajesz się innym człowiekiem. Już nie ma możliwości powrotu. Klamka zapadła. Między krawędziami nart a podłożem, między mózgiem i mięśniami, tworzy się zadziwiający krąg współzależności. Adrenalina działa. Po kilku dobrych skrętach „podkręcam” tempo... a skręty z obskoku wychodzą bardzo dobrze. Osiągamy przewężenie, chyba najbardziej strome miejsce w żlebie. I ostatni fragment, szerokim stokiem śnieżnym. Na dole przybijamy „piątki”:), szerokie uśmiechy. Maciek jeszcze zjeżdża wypatrzonym wcześniej, krótkim żlebem. A ja powoli człapię na Lodową.

Przymusowa kąpiel w Żabim Stawie Jaworowym...

Osiągamy Lodową Przełęcz koło godziny 13. Znajomy widok. Ta sama wspaniała panorama. Niby znana, lecz zawsze zachwyca. Idziemy z niej nieco w prawo – w dole długi żleb i zachęcające wielkie pola śnieżne pod szczytami Jaworowymi. Z Lodowej najłatwiejszy zjazd prowadzi do Dolinki Lodowej i dalej na południe. My zjeżdżamy do Jaworowej. To jednak dużo ciekawszy wariant. Żleb jest „U-kształtny” tj. tak wymodelował go śnieg. Jedziemy na przemian, gdy Maciek kręci w lewo, to ja w prawo i tak na przemian (raz o mały włos, a doszłoby do zderzenia:). Śnieg za to wymarzony, miękki, puszczony na 5 cm firn, jakże łaskawy dla mięśni i łydek narciarza. Ten drugi tego dnia zjazd był jak dopełnienie, jechało się jak w bajce, a po wypadnięciu ze żlebu gnaliśmy jak opętani w stronę Jaworowych, potem stromo w dół do stawu długim skrętem przez staw...i. Ja, niżej podpisany, jako jeden pewnie z najcięższych ski-alpinistów (ok. 90 kg wagi, no, wtedy może nieco mniej:) miałem wątpliwą przyjemność wpadnięcia do stawu (po raz pierwszy w życiu, nie ostatni, na szczęście płytko, do łydek), ale to nie zmąciło nastroju „wyrypy”. Potem jeszcze z moreny stawu w dół. Tam na szerokim i pokrytym firnem stoku Maciek szalał jadąc długim skrętem, szorując prawie biodrem po stromym stoku na pełnym gazie. Ja też wyciskałem z moich „Rossignolli” to, co fabryka zapisała w parametrach tych nart. Poddaliśmy się narciarskiemu szaleństwu. Szybki skręt. Fontanny śniegu tryskały spod nart. Uśmiech i zacięcie ust. Zaciętość. Szybkość. Wiatr od Lodowej. To wszystko pamiętam.

Zjazd zakończyliśmy przy mostku w Zadniej Jaworowej, gdzie przepakowaliśmy się, jak to na wyrypie. Zmiana butów z plastikowych na adidasy (suche, to ważne). Posiłek, woda z sokiem i kilka wrażeń. I schodzenie, czterogodzinne Doliną Jaworową do Jaworzyny i z braku autobusu na Łysą Polanę. Ale po Lodowej, po wspaniałej ski-turze, to nie boli. No pain – dewiza na tę wycieczkę sprawdza się setnie. Nogi poobcierane, zakwasy, pot na czole, ale jesteśmy szczęśliwi:) to pamiętam najbardziej. Trafiamy do Zako. A tam. Plus 25 stopni. Prawdziwy żar leje się z nieba. Skąpo odziane dziewczyny zwiastują wiosnę:) ładne, uśmiechnięte twarze, brąz opalenizny tu i ówdzie. Ech, chciało się życia po Lodowej, jakby się Pana Boga złapało za nogi:). I myśmy myśleli, że zawsze tak będzie. Naiwni idioci. Nie było. Bo życie pisze własne scenariusze. Nie zawsze takie, jakbyśmy chcieli. A może zwłaszcza takie.

Tam mieszka Przygoda...

Wypada kończyć. Tylko jak? Niebanalnie. Co w tym miejscu, myślę o Lodowej – jest takiego niezwykłego? Urzeka alpejską, wysokogórską panoramą. Na miarę Alp i innych wielkich gór. I wspaniałym zjazdem narciarskim. Tam zarówno podejście, jak i zjazd, odbywają się w otoczeniu tatrzańskich olbrzymów, takich jak: Lodowy, Mały Lodowy, Pośrednia Grań, Łomnica, Baranie Rogi, Jaworowy i mur Jaworowych, które wywołują wielkie wrażenie i innych szczytów. Zjazd jest piękny i urozmaicony. Najpierw prowadzi dość stromym żlebem, potem po wielkich polach śnieżnych i przez kolejne progi Doliny Jaworowej. I już w dolnej części czeka nas jazda lasem z widokami na otoczenie Doliny Jaworowej. I ostatnie wnioski. Nie ma już zielonej ławeczki przy bufecie „Pod Rogovą”. Nie ma też bufetu. Świat się zmienia. Nie wszystkie przyjaźnie z tamtych lat przetrwały próbę czasu. Ale część z nich pozostała. Tak samo jak pasja do przejścia przez Lodową Przełęcz. Może uda mi się wyprowadzić w to miejsce moich kolegów z kursu przewodnickiego i zarazić ich, taką, jak moją, miłością do Lodowej. Ta przełęcz to coś wspaniałego, co się może przytrafić w życiu tylko kilka razy. To jak pasja.

I poszliśmy. W piątkę na Lodową w piękną marcową niedzielę 2014. Wszystko się udało. Transport (dzięki Maciek), pogoda, kompania i śnieg był znakomity. Szybkie podejście Józka mobilizowało do wysiłku, a zjazd był znakomity, chociaż niejednemu z nas skały zazgrzytały pod nartamiJ wylądowaliśmy popołudniową porą w Jaworzynie i chociaż nie ma już bufetu „Pod Rogovą” to piwo nawet w tak prozaicznym miejscu jak przystanek autobusowy – w dobrej kompanii – smakuje zawsze doskonale…

I jeszcze jedna myśl związana z Lodową. Bill Briggs mówił: „Without risk there is no adventure” i miał rację. Wyeliminowanie elementu ryzyka spowodowałoby, że nie poszedłbym nigdy na Lodową Przełęcz. Tam mieszka i czeka wciąż prawdziwa, narciarska i górska przygoda. Na miarę marzeń. I jeszcze jeden cytat, jakże celny wobec ski-alpinistów i ludzi gór: „Nie pytaj, dokąd nas prowadzi czas. Nie próbuj naszej drogi nazwać. Żyjemy chwilą, która dla nas trwa. Tak zapisane było w gwiazdach” - śpiewają Skaldowie w utworze „Życzenia z całego serca”. Niech ta chwila jeszcze potrwa. Dobry Boże, daj jeszcze kilka razy zjechać na nartach z Lodowej:). Pić borowiczkę mieszaną z piwem w Jaworzynie i lekko chwiejnym, „oppenheimowskim” krokiem iść do domu. Prośba taka. Do Nieba.

 

Zobacz w naszym sklepie:
  • Portfel IIIPortfel IIIPortfel filcowy z haftowanym ludowym motywem. Zamykany na rzep. Środek z białej podszewki.   Szerokość ok. 12 cm Wysokość ok. 12 cm Materiał: Filc Kolor...
    35 zł
  • Torebka filcowa ITorebka filcowa ITorebka filcowa z haftowanym ludowym motywem (haft maszynowy). Zamykana na zamek błyskawiczny. Środek z czerwonej podszewki, z kieszenią boczną i smyczą...
    160 zł
  • Aniołek duży IIIAniołek duży IIIAniołek wykonany z drewna, ręcznie malowany. Zapakowany w celofan z ozdobnym sznureczkiem. Wymiary: Szerokość 7 cm. Wysokość 13,5 cm. Ozdoba np. choinkowa.
    13 zł

Galerie zdjęć:


Powered by WEBIMPRESS
Podhalański Serwis Informacyjny "Watra" czeka na informacje od Internautów. Mogą to być teksty, reportaże, czy foto-relacje.
Czekamy również na zaproszenia dotyczące zbliżających się wydarzeń społecznych, kulturalnych, politycznych.
Jeżeli tylko dysponować będziemy czasem wyślemy tam naszego reportera.

Kontakt: kontakt@watra.pl, tel. (+48) 606 151 137

Powielanie, kopiowanie oraz rozpowszechnianie w jakikolwiek sposób materiałów zawartych w Podhalańskim Serwisie Informacyjnym WATRA bez zgody właściciela jest zabronione.