PODHALAŃSKI SERWIS INFORMACYJNY Podhalański Serwis Informacyjny WATRA
« Styczeń 2011 12345678910111213141516171819202122232425262728293031 »

Zakopane

Góry

Pamiętam romantyczne narciarstwo... wspomnienia Mariana Woyny-Orlewicza część 1

Środa, 26 stycznia 2011 r.
Autor: Wojciech Szatkowski

Marian Woyna-Orlewicz na Kasprowym Wierchu, lata 30-teNiedawno pożegnaliśmy Marian Woynę-Orlewicza, znanego zakopiańskiego narciarza, olimpijczyka (1936), trenera „klasyków” z Podhala i Śląska, nazywanego popularnie „Wujkiem”. W Podhalańskim Serwisie Informacyjnym Watra publikujemy dzisiaj pierwszą część jego wspomnień z kariery sportowej. Jest to zapis wywiadu-rzeki z Orlewiczem, którego dokonał Wojciech Szatkowski z Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem. Zapraszamy do lektury!.


W dawnym narciarstwie było dużo romantyzmu, odwagi i walki – wspomina Marian Woyna – Orlewicz. Mam wiele przyjemnych wspomnień związanych z uprawianiem sportu narciarskiego. To były naprawdę romantyczne czasy, kiedy nawet przed startem nie znaliśmy przebiegu trasy. W narciarstwie nie było pieniędzy za starty, dostawało się sprzęt – jak byłeś dobry. Jak jechaliśmy na Olimpiadę do Ga-Pa (Garmisch-Partenkirchen w 1936 r.), to otrzymaliśmy nowy sprzęt i ubranie. Biały orzełek na ramieniu zobowiązywał nas kolosalnie. Buty, rękawiczki, ubrania, cały sprzęt narciarski, musieliśmy zapewnić sobie we własnym zakresie. Dużą wagę przywiązywaliśmy do higienicznego trybu życia. Właściwie nikt nie zabraniał nam palenia papierosów, a mimo to nie zdarzało się by ktokolwiek z pierwszej „dziesiątki” najlepszych zawodników palił.

 Kiedy uścisnęliśmy sobie ręce w mieszkaniu Mariana Woyny – Orlewicza, przy ulicy Sienkiewicza w Zakopanem, powiedział: – Słuchaj, ponieważ trenowałem twoją mamę prawie od małego, więc mów mi Wujku. Dlatego w tym tekście pozostanę przy Wujku Orlewiczu i tak będę w nim go tytułował. Tak samo nazywali go jego zawodnicy, bo był dla jak ojciec albo krewny, będąc jednocześnie trenerem, opiekunem, zawodnikiem i lekarzem. Urodził się 5 października 1913 r. w Wadowicach, a w Zakopanem mieszka od piątego roku życia. Wujek jest prawdziwą encyklopedią jeśli chodzi o narciarstwo, o czym wielokrotnie mogłem się przekonać. Odtwarza historie sprzed 80 lat ze zdumiewającą dokładnością. Został narciarzem na przekór profesorom gimnazjum państwowego, kiedy każdy start mógł być skończyć wylaniem go ze szkoły. Pozostał wierny jednemu klubowi – „Wiśle”, od pierwszych do ostatnich startów narciarskich. „Wujek” startował z tak znanymi zawodnikami jak Bronek Czech i Stanisław Marusarz. Najpierw był zawodnikiem, a potem trenerem i wychowawcą wielu olimpijczyków. Jego wychowanek, Franciszek Gąsienica-Groń, zdobył brązowy medal olimpijski w 1956 r. Swoją opowieść o nartach i startach w barwach „Wisły” rozpoczyna od historii twórcy klubu – niezapomnianego pułkownika Wagnera.

 Sekcja Narciarska „Wisły” powstała w Zakopanem 15 października 1926 r. Tak wspominał początki klubu:„Wisła” krakowska postanowiła stworzyć tutaj, w Zakopanem swoją Sekcję Narciarską. Zajął się tą sprawą płk. Wagner, ówczesny dowódca 3 Pułku Strzelców Podhalańskich. Zaproponowano mu wtedy, by podjął się jej zorganizowania i prowadzenia w Zakopanem. Zgodził się na to, przyjechał do Zakopanego i ją zorganizował. To był fenomenalny człowiek, a jego stosunek do narciarstwa był bardzo ciepły. Był bardzo systematyczny w tym co robił. Był też człowiekiem honorowym. Opracował, jako pierwszy w Zakopanem, wzorce potrzebne do organizacji wielkich imprez sportowych. Organizował te zawody, określał ilu ma być zaangażowanych sędziów, porządkowych i „deptaczy”. Całe zawody organizował tak samo, jak w wojsku. Wszystko miał opisane i przygotowane. Gdy był FIS 1939 w Zakopanem, to właśnie on był motorem organizacji tych zawodów, tak aby wszystko w nich grało. Charakteryzowała go wprost kolosalna dokładność we wszystkim co robił. Jak były zebrania Zarządu klubu, to zawsze wytykał błędy, robił nawet wykresy, co należy w klubie zmienić.

Był honorowy do tego stopnia, że jeżeli dał słowo, to nie mogło ono być łamane. Doszło do wypadku, z którego się potem śmiał i opowiadał nam o nim podczas spotkania u niego w domu. Opowiadał o pewnym kierowniku zakopiańskiego „Strzelca”, który skaperował do siebie dwóch zawodników z naszej sztafety. Doszło pomiędzy nim a Wagnerem do ostrej wymiany zdań, a ponieważ pułkownik Wagner był wojskowym, to wyzwał go na pojedynek i wysłał mu swoich sekundantów. Mówił: – zobaczycie, że on ucieknie, bo się będzie bał. Tak też się stało.

 W początkowym okresie rozwoju „Wisły” nie było funduszy. Ale pułkownik Wagner miał dużą emeryturę i z własnej kieszeni kupował sprzęt sportowy, a sam chodził w podartych butach i spodniach. Wreszcie klub sprowokował go do zakupu nowego ubrania. To był ogromny społecznik – narty były jego największą pasją, więcej - jego życiem. Klub także organizował po swojemu, narciarzy dzielił na trzy grupy. Pierwsza, najlepsza, dostawała nowy sprzęt, a starszy, zużyty, otrzymywali narciarze z drugiej grupy, a najstarszy, z trzeciej.

Organizował w Zakopanem większość wielkich imprez, nie tylko narciarskich. Także wyścigi konne na Równi Krupowej oraz wyścigi z przeszkodami. Był „mózgiem” tych imprez. Wiele pracował, a przy tym był bardzo skromny. Chodził na wszystkie zawody i myślę, że był to był ideał działacza, który poświęcił swoje życie dla nart.

Pułkownik po I wojnie światowej został w Polsce. Był dowódcą 3 Pułku Strzelców Podhalańskich. W wojsku rozwinął sport i każdy dobry sportowiec z Zakopanego „wciągany” był do jego pułku. Pułkownik dbał też o wojskowy rygor. Jak były zawody między pułkowe, to 3 Pułk zawsze w nich wygrywał. Pułkownik w czasie meczu piłki nożnej, gdy widział, że jakiś szeregowy strzelił bramkę to wołał: – Starszy strzelec, drugiego gola!... awansował go w czasie meczu. Zawodnicy z Zakopanego, jak na przykład Zdzisiek Motyka, Karol Szostak i Józef Kuraś podnosili swoje kwalifikacje, aż do mistrzostwa Polski włącznie, w barwach 3 pułku. Pułkownik był też szalenie wesoły. Raz w tygodniu organizował spotkania u siebie w domu, na które przychodzili zawodnicy i działacze klubu. Otrzymał za swoje zasługi Krzyż Virtuti Militari i dla żartu mawiał: – Do dzisiaj nie wiem, za co mi ten krzyż dali!. W czasie I wojny światowej podczas ataku został na pozycji i ostrzeliwał się do końca. Spowodował wycofanie się nieprzyjaciół i za to otrzymał Krzyż Virtuti Militari. Opowiadał nam także o tym, jak miał w pułku oficera-sadystę, który zakatował młodego żołnierza i Wagner wyrzucił go z pułku. W obecności całego pułku spoliczkował tamtego oficera, zerwał mu szlify, zdegradował do szeregowca i odesłał do karnego pułku. Bardzo się tym zabitym chłopcem przejął i mówił, że to jego wina.

 Pułkownik pożegnał się ze mną po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 r. Powiedział, że musi opuścić Zakopane i wyruszył przez góry na Węgry. Był tam, z tego co wiem, komendantem obozu dla uchodźców z Polski, którzy dalej przedostawali się na Zachód. Węgrzy patrzyli na to „przez palce”. Po wojnie, zrobiliśmy spotkanie klubu i chcieliśmy „Wisłę” reaktywować. Zawiadomiliśmy „Wisłę” krakowską i zorganizowaliśmy wtedy Dni Sportu. Mnie wybrano p.o. prezesem, ale czekaliśmy wszyscy na płk. Wagnera. Pułkownik wrócił w kiepskim stanie – wszystko stracił, ale dalej z dużym zapałem poświęcał się cały czas dla klubu.

 W 1950 r. miała miejsce reorganizacja sportu i płk. Wagner nie mógł być odtąd prezesem klubu, bo był przedwojennym pułkownikiem. „Wisła” przeszła pod opiekę Federacji Gwardii i MSW. Z urzędu musiał być wybierany prezes. Miała miejsce weryfikacja trenerów i zawodników – taka „czystka”. Pułkownik musiał wtedy odejść, ale przychodziliśmy często do niego i pytał nas co się dzieje w klubie. Doradzał i interesował się stale „Wisłą” i sportem narciarskim. Przychodził też czasami na zebrania klubu, ale w tym okresie był szykanowany jako przedwojenny wyższy oficer. Skarżył się na to. Do dzisiaj jesteśmy pod jego wrażeniem, jako idealnego działacza. Dużo nas nauczył i był to niezapomniany człowiek. Pułkownik Wagner zmarł w styczniu 1975 r. – wspominał Pan Marian.

Na przekór profesorom...

Narciarzami „Wisły”, którzy przeszli do niej z innych klubów, byli: Aleksander Rozmus, który był świetnym skoczkiem, Zdzisiek Motyka – biegacz, Staszek Motyka – doskonały kombinator i wspinacz, Wilga Edward, Mietelski Władysław. To był trzon „Wisły” w tym okresie. Ja byłem wtedy smarkaczem, miałem 14 lat. Powstanie krakowskiego klubu, tutaj w Zakopanem nie było przyjmowane z entuzjazmem. Mówiono: – O krakowiacy, pouciekali z klubów! Potem to się zmieniło, bo „Wisła” miała wyniki.

Jak się sport wyczynowy zaczął u mnie? Musiałem startować pod nazwiskiem Orlewicz, gdyż uczniom gimnazjum nie było wolno uprawiać wyczynu narciarskiego. Groziło to wyrzuceniem ze szkoły. Pierwsze moje zawody narciarskie miały miejsce, gdy byłem jeszcze uczniem gimnazjum. Były to zawody o jego mistrzostwo, które poprowadził profesor Mirtyński. Miałem wtedy 11. lat i startowałem w nich w biegu na Kalatówkach (na dystansie 500 m ). W tych zawodach byłem drugi. W III klasie gimnazjalnej odbył się bieg na trasie: start na Kondratowej przy szałasach, podbieg do tzw. Kamienia i zjazd na dół na Kalatówki, gdzie była meta. W biegu połączono uczniów z III i IV klasy gimnazjum. Do góry jakoś wybiegłem, bo mi nie ślizgało, a w dół „strasznie” mi jechało i wygrałem te zawody. Mieliśmy do tych zawodów zwykłe turystyczne narty. Żadnych wyczynowych oczywiście nie mieliśmy. Pamiętam, że rowki w naszych nartach były bardzo wytarte, a smary posiadali tylko zawodnicy. Kupowało się wtedy smołę szewską i świeczkę i tym „smarem”, pokrywało się narty..

 Potem w V gimnazjalnej były zawody wiosenne ze startem na Antałówce. Panowały fatalne warunki, śnieg był ciężki i mokry, ale je wygrałem. Wtedy zacząłem się interesować wyczynowym sportem narciarskim. Chciałem się bardzo zapisać do „Wisły i być zawodnikiem. Mój starszy brat też tam się zapisał. Powiedziano mi w klubie: – jesteś za młody, my takich smarkaczy nie przyjmujemy! I nie przyjęto mnie. A muszę powiedzieć, że w szkole coraz bardziej interesowaliśmy się sportem. Uprawialiśmy rzut dyskiem, pchnięcie kulą, gry sportowe i lekkoatletykę (skoki, biegi). Organizowaliśmy zawody, graliśmy także w piłkę nożną i siatkówkę. Zimą umawialiśmy się i wytyczaliśmy w Księżym Lesie trasę biegową o długości 2 – 3 km. Ja brałem oczywiście udział w tych biegach i byłem w nich mocny. W czasie jednego z biegów „zgubiłem” zawodnika „Wisły” Gabrysia. I wtedy poszedłem ponownie do klubu. Pułkownik Wagner powiedział, że takich młodych do klubu nie przyjmie, ale działacz klubowy spytał mnie: – masz sprzęt? Powiedziałem, że tak, gdyż miałem narty biegowe, ze skutym szpicem, bo były złamane. No i warunkowo zapisano mnie do klubu. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy. Potem były moje pierwsze zawody - nieoficjalne mistrzostwa Polski w biegu sztafetowym 5 razy 10 km.

 Mieliśmy wtedy tak wielu zawodników, że sama „Wisła” wystawiła do tych zawodów aż 5 sztafet – czyli 20 zawodników – to była gromada młodych i zapalonych narciarzy. Ponieważ byłem nieznany, to wzięto mnie do tej piątej, ostatniej sztafety. Ale narciarze z III sztafety, którzy mnie kiedyś obserwowali na Lipkach, powiedzieli, że oni chcą mnie mieć w swojej sztafecie. I wystawiono mnie nie do V, lecz do III sztafety. Dziesięciokilometrowa trasa tego biegu prowadziła z Bystrego w Dolinę Olczyską. Miałem narty z wiązaniem „Bergendahl”. To był mój pierwszy dobry start, bo okazało się, że osiągnąłem trzeci czas dnia, czyli najlepszy z wszystkich naszych sztafet. W gazecie napisano wtedy: „Orlewicz” – obiecujący młody talent”. I wszyscy się ze mnie „nabijali”: – ty, młody talent!.

Ciekawe, ale w tych zawodach nie było nagród. Dostawaliśmy żetony, na nich wybijano miejsce osiągnięte np. w biegu, czy w skokach. Do tego wstążeczka. Żadnych nagród wartościowych nie było. Następne zawody w których wziąłem udział były organizowane na dystansie 12 km. Dostałem na nie od Olka Rozmusa (Aleksander Rozmus był zawodnikiem SN PTT, a potem przeszedł do „Wisły”, olimpijczykiem w 1928 r. w St. Moritz w Szwajcarii) prawdziwe wyczynowe narty. To były zawody SN PTT kontra „Wisła” o prymat w narciarstwie i o to, który z klubów jest lepszy. Olek Rozmus, który nie biegał, dał mi narty i buty biegowe. To były porządne, hikorowe narty. Buty były normalne, turystyczne, ale na mnie za małe. Na tych pożyczonych nartach dobrze mi się biegło, bo świetny zawodnik SN PTT Staszek Skupień próbował mnie minąć, ale nie dał rady i na Antałówkę dobiegłem przed nim. Niestety,  buty były za małe i obtarły mi palce. Pamiętam, że z Antałówki pchałem się do mety, bo nie mogłem biec – miałem 7. czas dnia. Od razu też na mecie kupiłem plaster i okleiłem poranione palce. Wyczynowe narty dostałem dopiero w drugim roku startów, ponieważ miałem wyniki.

 W tym sezonie był jeszcze jeden bieg na 18 km, pamiętny dla mnie dlatego, że to był pierwszy i ostatni bieg w którym „spuchłem”. Był to bieg na dystansie 18 km. Biegło mi się dobrze do 14 – 15 km, a potem tak „spuchłem”, że tylko chciało mi się siąść pod drzewkiem i spać. Doszedłem, a właściwie „dowlokłem” się do mety i oczywiście żadnego wyniku nie osiągnąłem.

 Co to zostawia? To doświadczenie pomogło mi w pracy trenerskiej. Skoczek musi mieć odwagę, kiedy skacze, nie może myśleć o upadku i skakać bojaźliwie. Biegacz także musi mieć odwagę. Musi przyjąć tempo biegu i wewnętrznie wierzyć, że to tempo wytrzyma. Biegacz nie zna do końca swojego wytrzymałości. Dopiero w czasie treningu poznaje siebie –chodzi o to, by biec do mety i dać z siebie wszystko. To co widzimy na zawodach, kiedy Norwegowie dobiegają do mety i padają ze zmęczenia, bo ostatnie kilometry biegną na beztlenie. Starają się bowiem na ostatnich 2 – 3 kilometrach nadrobić straty z całego biegu. W czasie biegu każdy ma momenty załamania, kiedy na podbiegach myśli: – już spuchnę, nie dam rady, ale dostajesz wtedy tzw. drugiego oddechu. Trzeba więc taką chwilę załamania koniecznie przemóc. I starałem się u każdego z moich zawodników wyrobić znajomość swojej wytrzymałości – wspomina Pan Marian.

Byliśmy stuprocentowymi amatorami...

W 1936 r. startował w Zimowych Igrzyskach w Garmisch-Partenkirchen. Wspomina: W Garmisch mogli startować tylko amatorzy – żaden z instruktorów narciarskich nie brał udziału w Olimpiadzie. Dlatego nie startowali tam najlepsi Austriacy i Szwajcarzy. A w tydzień po Olimpiadzie zrobiono konkurencyjne mistrzostwa świata FIS w Innsbrucku.

ciąg dalszy nastąpi...

           

Zobacz w naszym sklepie:
  • Torebka filcowa VITorebka filcowa VITorebka filcowa z haftowanym ludowym motywem (haft maszynowy). Zamykana na zamek błyskawiczny. Środek z czerwonej podszewki, z kieszenią boczną i smyczą...
    160 zł
  • Naszyjnik "Agatka"Naszyjnik "Agatka"Naszyjnik z pięknych fasetowanych kul agatu /średnica 1 cm./. Obwód 52 cm. Rurki  i kulki z metalu antyalergicznego. Zapięcie posrebrzane.
    75 zł
  • Flakon szklany IVFlakon szklany IVOkrągły falkon szklany z ludowym motywem malowanym ręcznie. Wymiary: wysokość 13,5 cm, średnica 18 cm (średnica podstawy 13,5 cm)
    90 zł

Galerie zdjęć:


Powered by WEBIMPRESS
Podhalański Serwis Informacyjny "Watra" czeka na informacje od Internautów. Mogą to być teksty, reportaże, czy foto-relacje.
Czekamy również na zaproszenia dotyczące zbliżających się wydarzeń społecznych, kulturalnych, politycznych.
Jeżeli tylko dysponować będziemy czasem wyślemy tam naszego reportera.

Kontakt: kontakt@watra.pl, tel. (+48) 606 151 137

Powielanie, kopiowanie oraz rozpowszechnianie w jakikolwiek sposób materiałów zawartych w Podhalańskim Serwisie Informacyjnym WATRA bez zgody właściciela jest zabronione.